Co prawda od czasu wielkiego ogłoszenia nowej Towarzyszki już trochę minęło. Wielkiego, bo nastąpiło to podczas przerwy w meczu Everton – Manchester United 23 kwietnia.
Od czasu odejścia z serialu "Doctor Who" Jenny Coleman, pojawiały się spekulacje kto ja zastąpi. Peter Capaldi w swoich wypowiedziach twierdził, że chciałby by towarzyszką Doktora była kobieta.
I jest to kobieta o wdzięcznym imieniu Bill, w którą wcieli się Pearl Mackie, znana głównie z pracy w National Theatre.
Poniżej film prezentujący nową Towarzyszkę w akcji.
Trudno jest oceniać czy napisać coś konstruktywnego po tak krótkim materiale. Ale według mnie Bill to takie połączenie Donny i Marthy, co może okazać się zaskakująco dobrym połączeniem. Ale o tym przekonamy się za jakiś czas.
W wyniku globalnej katastrofy, do której przyczyniła się sama ludzkość, życie na Ziemi zmieniło się nie do poznania. Dotychczasowe Bieguny przestały być biegunami, a cykl dnia i nocy przestał istnieć. Na Biegunie Południowym panowała permanentna noc, a Biegun Północny cały czas był skąpany w promieniach słońca. Taka rzeczywistość zostaje przedstawiona w "Noon" bohaterze szóstej odsłony Fantastycznych Szortów, które miały sporą przerwę, ale miejmy nadzieję, będą pojawiać się częściej. Co do idei cyklu odsyłam do wcześniejszych wpisów, w których można zapoznać się z innymi ciekawymi krótkometrażówkami. Nie rozwodząc się zbytnio zapraszam do zapoznania się z dzisiejszym bohaterem.
NOON
Tytułowe Noon to miasto zbudowane na miejscu dawnego epicentrum globalnej katastrofy, która została spowodowana nuklearnym wybuchem w okolicach uskoku płyt tektonicznych. Doprowadziło to do całkowitej zmiany reorganizacji życia na planecie. Ale jak to ludzkość ma w zwyczaju, zawsze potrafi zaadaptować się do nowych warunków i jakoś sobie radzi.
Ta krótka produkcja jest nie tyle krótkometrażowym filmem jako zamkniętą całością, ale wycinkiem większego obrazu, którzy twórczy chcieliby przedstawić w pełnym metrażu. Ale o tym za chwilę...
Szort ten to tak naprawdę teaser przedstawiający Garego. Szmuglera, który stara zachować ostatnie resztki człowieczeństwa w świecie pozbawionym jakiejkolwiek moralności. To wycinek z pojedynczego dnia z życia w dystopii, jakimi co jakiś czas chcą nas zaskakiwać, szokować i przestrzegać kolejni pisarze czy filmowcy. Obraz ten nie jest żadną nowością i na pewno nie jest specjalnie oryginalny. Pewne szczegóły mogą być specyficzne dla tego świata, ale tutaj nie chodzi o to co dzieje się wokół, ale w środku człowieka. Czego się boi. Co go motywuje. Dzięki czemu jest w stanie przetrwać w okrutnym świecie. Nadzieja. Nadzieja i wiara, że gdzieś jest lepsze życie jest tutaj najdroższą walutą, której nikt nie chce wymienić na nic innego.
Rzuć okiem to cykl, w którym będę przedstawiał mniej popularne seriale i prezentował je szerszej publiczności, a może ktoś po przeczytaniu się skusi i obejrzy. Jest to mój subiektywny wybór, a kryterium jakim się kierowałem to satysfakcja z obejrzenia danego tytułu, więc nie będzie tutaj tylko i wyłącznie wybitnych i ambitnych produkcji, ale i również obrazy czysto rozrywkowe. Jeżeli ten opis Ci odpowiada to zapraszam do zapoznania się z bohaterem tego odcinka...
And Then There Were None
Jest rok 1939 i Europa balansuje na krawędzi wojny. Dziesięć nieznajomych sobie osób zostaje zaproszonych na wyspę Soldier, w południowej Anglii. Odcięci od lądu, korzystają z hojności gospodarzy Pan i Pani UN Owen. Ponieważ nagle zaczynają umierać jeden po drugim, uświadomili sobie, że jeden z nich jest mordercą. Od teraz każdy zaczyna się bać i obwiniać innych. Kto jest tajemniczym mordercą?
Książki Agathy Christie na podstawie, której serial powstał nie czytałem, więc nie mam punktu odniesienia i nie wiem czy zmieniono coś w ekranizacji względem pierwowzoru, ale nie umniejsza to satysfakcji płynącej z seansu tego serialu. Trzyodcinkowy miniserial od BBC One to soczysty kryminał, w którym najważniejsze jest jedno pytanie: kto zabił? Gwiazdorska obsada to kolejny plus produkcji, ponieważ znane nazwiska gwarantują wyśmienite aktorstwo.
Przypomnę FANtastyczne Inicjatywy to cykl, w którym prezentuję produkcje fanowskie. Krótkie lub niekoniecznie produkcje zainspirowane serialami, grami, komiksami lub filmami, które z założenia są tworami non-profit i tworzone z pasji. Jednym zdaniem są to produkcje tworzone od fanów dla fanów. Czasami bardziej profesjonalne, a innym razem całkowicie amatorskie, ale zawsze mające w sobie to coś co mnie zaintryguje i zwróci moją uwagę.
Jako, że mamy okres świąteczny w tej odsłonie będzie fanfilm, który swoją tematyką nawiązuje do Bożego Narodzenia, choć trudno w nim doszukiwać się w nim radosnej i rodzinnej atmosfery.
The Lobo Paramilitary Christmas Special
Fanfilm z 2002 roku na podstawie komiksu pod tym samym tytułem. Zajączek Wielkanocny ma dość bycia tą drugą świąteczną personifikacją i zleca Lobo zabicie Świętego Mikołaja. Jako, że Ostatni Czarnianin za młodu nie był zbyt grzeczny przyjmuje zlecenie. Niestety nie wszystko idzie zgodnie z planem.
Lobo to jeden z największych antybohaterów z kart komiksów, nie tylko ze stajni DC Comics, ale z całego komiksowego uniwersum. Jeżeli nie największy to na pewno jeden z najbardziej znanych. Co prawda postać tę znam głównie z animacji. Komiksów z tą postacią nie dane mi było przeczytać. Dla fanów Ważniaka pozycja obowiązkowa.
Półamatorska produkcja mająca już trzynaście lat, która w znacznej części została sfinansowana przez fanów, którzy wspomogli twórców jak tylko dowiedzieli się, że film powstaje. Krótkometrażówka przywodzi na myśl złotą erę filmów VHS, niestety nie przeszedł próby czasu i widocznie się zestarzał. Cała otoczka i klimat produkcji niektórych może irytować innym z nostalgią przypomną się klasyki kina klasy B lub nawet C :) Jeżeli ktoś nie lubi takich produkcji to nie ma co na siłę oglądać, ale jeżeli ktoś z nostalgią wspomina tamte czasy i lubi czasami wracać do takich produkcji to i The Lobo Paramilitary Christmas Specialnie powinien sprawić mu zawodu.
Jestem na świeżo po finale. Deredevil wysoko ustawił poprzeczkę, ale Jessica Jones nawet nie próbowała jej przeskoczyć, bo to dwa różne seriale. Mimo, że akcja osadzona jest w tym samym mieście, w tej samej dzielnicy nawet i mimo, że pojawiają się znane postaci to klimatycznie zupełnie od siebie odbiegają. Łączy je oderwanie od MCU, w sensie stylistyki i próba urealnienia wszystkiego. O ile filmy są bardziej fantastyczne i bajkowe to Jessica Jones opowiada o wydarzeniach i postaciach jakby rzeczywiście mogły istnieć.
Sama historia jest przedstawiana powoli, a akcja raczej nie rwie do przodu, nierzadko zbacza na niepotrzebne rejony przez co główny wątek traci na wartości. Niby jest to historia o zemście o poszukiwaniu w sobie człowieczeństwa i heroizmu, ale tak naprawdę to historia o wypaczonej próbie poszukiwania miłości i akceptacji. A przynajmniej tak to interpretuję.
Starano się kłaść nacisk na klimat i wyszło połowicznie, bo niestety historia jest przeciągana. Ta gra w kotka i myszkę spokojnie zmieściła by się w dziesięciu odcinkach.
Nie ma tutaj superhero. Jest uwspółcześniona historia Chandlerowskiego kobiecego Marlowa - tylko Jessica jest ładniejsza (mimo nieoczywistej urody Krysten Ritter) - która posiada super siłę i mroczną przeszłość z szajbniętym kontrolującym umysły brytolem. Ich relacja została dobrze przedstawiona, ich motywacje są jasne i klarowne. Ale ich postępowanie nie zawsze jest konsekwentne.
Sezon serialowy zaczął się na dobre. Wszystkie produkcje mają za sobą już parę odcinków. W poprzednim wpisie przedstawiłem nowości. A jak wypadają produkcje powracające? Poniżej postaram się odpowiedzieć na to pytanie. Z góry zaznaczam, że nie są to wszystkie produkcje, które są emitowane, tylko te które oglądam i miałem już okazję obejrzeć kilka odcinków.
Kolejność zupełnie przypadkowa. Uwaga na potencjalne spoilery!
Castle (sezon 8)
Po obejrzeniu kilku początkowych epizodów serialu trudno uwierzyć, że to już ósmy sezon.
Końcówka siódmego sezonu to jeden z najlepszych finałów w historii serialu, a premiera ósmego to jeden z lepszych epizodów jakie zaliczyła produkcja. Zaczyna się dość spokojnie, ale to tylko pozory, bo już po kilku minutach akcja przyspiesza. Jest dynamicznie i cholernie interesująco. Odcinek naprawdę wciąga, ale z drugiej strony też za dużo tutaj pytań bez odpowiedzi. Serial zdążył nas już przyzwyczaić, że dwuodcinkowe historie są zazwyczaj jednymi z lepszych odcinków w sezonie, ale XY jest tutaj w ścisłej czołówce. Ta dwuodcinkowa historia jest podwaliną pod główny wątek sezonu, jest również pretekstem, aby oddalić od siebie Ricka i Beckett. Z jednej strony jest to umotywowane tym, że Kate nie chce narażać męża na niebezpieczeństwo, choć wielokrotnie mięliśmy okazję widzieć, że potrafi o siebie zadbać. Jest to rozłąka trochę jakby na siłę, bo równie dobrze wtajemniczony Castle mógłby pomóc. Kolejne odcinki wcale nie są gorsze. Nasz bezczelnie-przystojny pisarz zakłada firmę detektywistyczną i jako PI zajmuje się zleceniami, które jakimś dziwnym trafem, zawsze wiążą się ze sprawami policji i drogi Ricka oraz Espo i Ryana często się przecinają, co nieraz daje się we znaki naszej dwójce detektywów. Jak napisałem wcześniej nie czuć, że to już ósmy sezon. Zmiana showrunnera musiała wpłynąć pozytywnie na produkcję,która jak na procedural z takim stażem prezentuje się całkiem dobrze. Małe przetasowania w obsadzie, kilka ciekawych gościnnych występów też wpłynęło pozytywnie na poziom produkcji. Jest wszystko za co lubię ten serial. Ciekawe historie, trochę akcji, humor i cięte dialogi. Oby tak dalej.